Wyspa Rugia i Rostock (o6.o9.2oo8) - wyprawa motocyklowa

Pomysł wyjazdu na wyspę Rugia zrodził się już na początku 2008 roku z zamiarem wyjazdu na kilka dni i jej objechaniem w sierpniu. Mimo początkowo kilku chętnych temat umarł śmiercią naturalną. Jako, że ten sezon nie był dla mnie łaskawy w długie wojaże (nieudany wyjazd do Chorwacji, wakacje z racji „przyszłego zostania tatą” autem) postanowiłem temat reaktywować pod koniec sezonu. Warunek wyjazd na jeden dzień, jazda bocznymi drogami, prędkość „bezpieczna”. Na te warunki zgodził się, oraz wyraził chęć wyjazdu kolega Tramway z forum Halo Szczecin jeżdżący na GSXF 600.

Sobota… Pochmurno, ale nie pada… Zgodnie z prognozą ok. 15 stopni. Miejsce zbiórki ustalono na 10 z Wałów Chrobrego. Szybkie przedstawienie się i kilka słów na temat wyjazdu i jedziemy. Szybko jeszcze na stację benzynową, tankowanie pod koreki ustawienie GPS. Pierwszy planowany postój starówka i marina w miejscowości Greifswald. Mimo wczesnych godzin ruch przy granicy był spory. Droga rozładowuje się za Pasewalkiem. Płynnie połykamy kolejne kilometry, prędkość przelotowa ok.120 km/h ze zwalnianiem na ograniczeniach i w miejscowościach. Mijamy Anklam, gdzie drogowskazy wskazują na granice z Polską w Świnoujściu z możliwością jej przekroczenia dzięki strefie schengen. Super pętla, którą już raz zaliczyłem mająca w sobie i zakręty i niemieckie drogi i na koniec trasę szybkiego ruchu, godna polecenia na niedzielną przejażdżkę.
Dojeżdżamy do Greifswaldu. Miasteczko robi miłe wrażenie. Na głównym rynku jakaś impreza plenerowa. Stajemy na chwilę, rozprostowanie nóg, kilka fotek. Jadąc dalej po drodze natrafiamy na marinę. Cumuje kilka super zachowanych starych jachtów, może nie Mazury, ale las masztów wygląda zacnie. Droga na Stralsund, mijamy coraz więcej motocyklistów już wracających, często całymi grupami. Przez chwilę zaczyna kropić na szczęście bardzo mało i krótko, nie wpływa to znacząco na naszą prędkość. Przed samą miejscowością kawałek trasy szybkiego ruchu, GSXF szybko wyskakuje na przód. Nie wjeżdżamy do samego miasta, ale za to przed nami nowy most z super widokami. Po lewej widok na piękną starówkę i nabrzeże Stralsundu po prawej na nowo-otwarte Oceanarium istary most, który cały czas jest w użytku. Pierwsze co zauważamy po wjechaniu na wyspę to sznur aut ciągnących się w obie strony, coś jak nasze drogi nad morze w letni weekend, a to przecież już wrzesień i pogoda nie na opalanie. Korzystamy z przywileju dwóch kółek i jedziemy środkiem. Auta bez żadnego sprzeciwu czy też starań z naszej strony usuwają się na boki, umożliwiając nam swobody przejazd. Miły akcent coraz częściej spotykany i w Polsce. Jako, że naszym planem jest objechanie wyspy dookoła, na skrzyżowaniu w Samtens skręcamy na Garz wyjeżdżając jednocześnie z korka na prawie puste drogi. Trasa superowa, rosnące przy drodze drzewa mają złączone korony, które tworzą zielony tunel. Tramway co chwilę wyprzedza atakując szybciej poniektóre zakręty. Zatrzymujemy się w Putbus, fotki, wrażenia z dotychczasowej jazdy. Kolejne miejscowości Serami, Binz, Lancken to typowe nadmorskie kurorty, masa ludzi, różne atrakcje i tylko te wszechobecne napisy „zimmer frei” przypominają gdzie jesteśmy . Kolejny postój robimy w miejscowości Sassnitz. Rundka po mieście. Znajdujemy i parkujemy przy nabrzeżu i porcie przy kilkunastu innych sprzętach. Żaden z nich nie ma blokady czy łańcucha, z sakwami i tankbagami pozostawionymi przy moto. No nic bierzemy z nich przykład.

Niemieckie morze niby to samo a jakiś kolor inny bardziej niebieski. No ale plaża to nieporozumienie. Zamiast piasku kamienie, co prawda ładne czarno-białe (jakieś kresowe), ale to jednak kamienie. Szybki rzut oka na mapę, jeszcze nawet nie połowa wyspy. Nasz kolejny cel Putgarten i przylądek Arkona jako najdalej wysunięty punkt na wyspie. Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że pojazd należy zostawić na parkingu a ostatnie 2 km do przylądka pokonać pieszo lub skorzystać z jednego z pojazdów dowożących na miejsce. Szybka decyzja – naszym nadrzędnym celem jest jednak jazda nie zwiedzanie, także powrotem na koń i jazda dalej. W Altenkirchen zatrzymujemy się na jedynej chyba w okolicy stacji benzynowej by dotankować sprzęty. I tu błąd tankujemy 91-oktanową co, jak później okazuje się, mści się na możliwym do przejechania dystansie. Od miejscowości Wiek do Wittover Fahre seria miłych zakrętów a za ostatnim z nich… szlaban i kasa. W ferworze jazdy nie zauważyliśmy, że w tym miejscu lądu brak i jedyny sposób jazdy dalej to prom. Po uiszczeniu odpowiedniego myta (3,20€ od łebka i moto) przepływamy na druga stronę. Ot taki miły akcent w podróży. Kolejne kilometry znikają niepostrzeżenie. Okazuje się, że z powrotem dojechaliśmy do Samtens tylko, że tym razem jesteśmy zupełnie po drugiej stronie skrzyżowania a więc nasz cel został osiągnięty. Wyspa Rugia została objechana dookoła :). Jako, że Tomek ma mniej czasu i musi wracać do domu żegnamy się. On wraca do Szczecina, ja nie chcąc rezygnować z planów chce zwiedzić piękną starówkę Stralsund widzianą z mostu oraz jechać do Rostocku. Udaje mi się wjechać na stary most także mam porównanie... Jednak ten nowy lepszy ... Szybka rundka po mieście i trafiam do portu a tu i jachty i barki i statki wycieczkowe i nawet żaglowiec.

A wszystko to na ogromnym terenie z mnóstwem knajpek i restauracyjek, dookoła piękne kamieniczki i rzeźby. Znalazł się nawet rybak sprzedający swoje wyroby prosto z kutra. Na rynku krótki odpoczynek, posiłek i ustawienie namiarów na Rostock. Chmurzy się, może jednak przejdzie bokiem. Eeee jednak nie, parę kilometrów za Stralsundem łapie deszcz. Na szczęście krótki, także rezygnuje z założenia kondoma. Reszta drogi juz bezproblemowo. Do Rostocku dojeżdżam ok. godziny 18.oo. Na pierwszy rzut nabrzeże. Ciekawa architektura łącząca w sobie stare budynki z elementami metalu i szkła.

Zestawienie kamienic, cumujących jachtów, dźwigów i zachodzącego słońca łechta zmysły. Wielki brukowany parking nad samą wodą pełen aut z różnym rejestracjami, obok mnie parkuje para Finów na obładowanym motocyklu, wśród aut wielka ciężarówka w kolorze moro z arabskimi napisami. Chyba nie planują tu żadnego zamachu :). Kilka fotek, i rundka po mieście godzina 19 czas powoli do domu. Znowu chmury... Jako, że późno postanawiam wracać autostradą, jednak trochę kilometrów jeszcze jest do przejechania. Zielona kamizela dla bezpieczeństwa i jazda z powrotem. GPS i bardzo dobre oznakowanie pozwala sprawnie wyjechać z miasta i wjechać na autostradę. Tu juz spokojne tempo ~140 km/h. Kolejne kilometry i coś nie pasuje. Co chwilę parkingi, ale gdzie stacje benzynowe. Szybkie spojrzenie na wskaźnik i przeliczenie przejechanych kilometrów uspokaja. Mijam znak, że kolejna stacja benzynowa za 65 km. Jako, że ściemnia się już konkretnie i zaczyna się na maxa chmurzyć przyspieszam. Nagle zapala się rezerwa, od tankowania ok. 280 km, gdzie normalnie zasięg jest 320. Chyba wychodzi te zatankowane 91 oktanów ... najbliższa stacja za ok. 50 km.No nic popuszczam na manetce i jazda. Dodatkoworozpadało się na maxa. Ciemno, krople i komary na szybce i światła mijanych aut rozmazują obraz. Mijam kolejne zjazdy na miasta, które dzisiaj mijaliśmy Stralsund, Greifswald, Anklam. Jest stacja,tankowanie, krótkie odsapniecie, zmycie robali. Zjeżdżam z autostrady, na maxa mokro, widoczność zerowa. Z prędkością przelotową 80 km/h mijam poszczególne miejscowości i granicę. W garażu gaszę moto trochę po 22 czyli 12 godzin od wyjazdu. Przejechany dystans tego dnia to prawie 675 km.

wszystkie fotki z tego wyjazdu



© namotocyklu.pl wszelkie prawa zastrzeżone