

Wszystkie relacje z wyjazdów
Rok 2009 - wybrane:
• Bieszczady na motocyklu
• Kłomino wymarłe miasto
Rok 2008 - wybrane:
• Śluza w Niederfinow
• Wyspa Rugia i Rostock
• Chorwacja
• Majówka - Kaszuby i wybrzeże
Wymarzony motocykl w końcu zarejestrowany, wczorajszy test na krótkiej trasie do Lipian na piknik militarny zaliczony, czas wypuścić się gdzieś dalej. Sezon w pełni, pogoda typowo letnia a w Polanowie zlot. Warto się przejechać, zobaczyć, poczuć klimat zlotów motocyklowych. Z wiadomych względów (patrz relacja z wyjazdu na Chorwację) w rachubę wchodzi tylko jednodniowy wyjazd. Plan dojechać do Polanowa omijając główne drogi i
drogę na Chociwel, która już kilkakrotnie zaliczona. Na początek miała być jazda wg GPSa jednak szybko sobie odpuściłem, postanowiłem jechać bezpośrednio przed siebie kierując się znakami.
Wyjazd dość późno bo ok. 11. Na początek leniwie przez Załom szukając przy okazji placu budowy kolegi, który się tam buduje. Tak rozglądając się dojeżdżam do
ekspresówki 3, ehhh znajdzie się ją innym razem. Bocznymi drogami doturlałem się do Goleniowa a tu korki jak w Szczecinie w godzinach szczytu. Kurde po wypłacie wszyscy czy jak? Turystycznym tempem przejeżdżam przez Mosty, kieruje się na Łobez. Przy drodze zauważam skrętna Maciejewo. Na szybko nie mogłem skojarzyć co tam jest, jak już załapałem, że jest tam „słynny” hotel w sumie to pałac było ileś tam set-metrów za zjazdem. No nic, trudno. Po kilku kilometrach jest jednak kolejny, także od razu skręt i już za chwilę patrzę co to za cudo tak rozreklamowane i polecane przez wszystkich. Pokaźny odrestaurowany pałacyk z mini basztą, otoczony parkiem z charakterystycznym okrągłym podjazdem. W pobliżu kilka domków letniskowych.
Wokół cisza, mini oranżeria z papugami i bażantami. Dla gości miejsce na rozpalenie grilla, plac zabaw dla dzieci czy też korty. Hmm w sumie nic dziwnego, że wszyscy polecają spędzenie weekendu tutaj.
Wracam na trasę. TDMka z łatwością połyka kolejne kilometry. Nie jestem wybredny, mimo mojego wzrostu (188 cm) dobrze jeździło mi się na GS500, ale tutaj to zupełnie inna bajka. Pozycja jeszcze bardziej wyprostowana, siedzi się o wiele wyżej, rozstaw rąk na kierownicy prawie idealny, moment obrotowy sporo większy co przy wyprzedzaniu daje miłe wrażenie, zupełnie inny zakres obrotów. Jeden minus to jednak trochę wieje. Szyba, mimo że
turystyczna MRA kieruje pęd powietrza akurat w górną część kasku. Może z czasem uda się znaleźć jakiś deflektor czy tez inną wyższą. Szybko mijam kolejne miejscowości: Maszewo, Dobra. Zapala się kontrolka rezerwy (w końcu normalny motocykl a nie jakieś chore przełączanie kranika) zjeżdżam na stacje, zrzucam tankbag i tankuje do pełna. Spalanie jak w Suzuki a mocy dwa razy więcej. Tankbag prosto z ziemi na bak, kilka słów z miejscowym pijaczkiem ile to jedzie, ile pali i że w jego czasach takich sprzętów nie było i że by na takiego potwora nie wsiadł i dalej w drogę. Podniecony
właściwościami jezdnymi postanawiam zmienić trochę kierunek jazdy i zamiast na Świdwin skręcam na Drawsko Pomorskie by tam dojechać do Czaplinka i dalej na trasę 100 zakrętów. Trzeba zobaczyć jak będzie się połykać zakręty na tym motocyklu. Opony Z6 Roadtec zbierają bardzo dobre opinie, trzeba nabrać do nich zaufania. Za Łobzem zaczyna się chmurzyć, pierwsze krople. Mam nadzieje, że w Czaplinku będzie sucho bo na mokrym nie poszaleje. I kolejna różnica. Jazda w deszczu na motocyklu z owiewkami nawet tak skąpymi jest zupełnie inna niż jazda na naked’zie. W sumie wszystko suche, trochę wilgoci na kolanach i barkach czyli tam gdzie wystają. Minusem jest woda spod przedniego koła, wali prosto w buty – w GS500 jakoś to inaczej było rozwiązane. Na szczęście Goretex przetestowany i wiem, że nie przepuści (patrz wyjazd majówkowy). Na drodze coraz większe ilości motocyklistów często w grupkach.
Wszyscy w stronę Polanowa.
Deszcz szybko odpuścił a asfalt wysechł. Do Starego Drawska dojeżdżam bez żadnych problemów. Tutaj przypadkowo zauważam ciekawe muzeum a jak się później dowiaduję skansen – zamek Drahim. Motocykl zostawiam na parkingu. Okazuje się, że na poprzednim tankowaniu pod tankbag dostały się jakieś kamyczki pod magnesy, które dokonały istnej masakry na lakierze. Wiele drobnych i dwie konkretne rysy, których chyba nie da rady spolerować. Nic to, pierwszy chrzest motocykla zaliczony. Na dziedzińcu pokazana mała osada z czasów średniowiecza. Wiele atrakcji, strzelanie z łuku, dyby, możliwość walki w zbroi z mieczem. Jak się okazuje jedno z nielicznych miejsc, gdzie każdy może wszystkiego dotknąć, spróbować. Na
miejscu kilka stylizowanych domostw, możliwość wypróbowania ówczesnych specjałów. Ciekawa sprawa…
Kolejny etap to ok. 100 zakrętów do pokonania. Co tu dużo pisać naprawdę ciekawy odcinek. Na zakrętach czuć różnice w masie i wielkości motocykla. Trochę inaczej składa się w zakrętach. Oponki trzymają bardzo dobrze. Motocykl stabilnie pokonuje łuki i tu kolejny plus dla momentu obrotowego --> 40,2 Nm przy 7500 obr/min przyGS500 i 80 Nm przy 6000 obr/min w TDMie. Z kolei kręcony pod 10 000 obrotów silnik wydaje naprawdę super dźwięk nawet na seryjnym wydechu. Ehhh ciekawe jak to jest śmigać po
Alpach na motocyklu.
Im bliżej Polanowa tym więcej riderów, miejscami całe watahy. Z trafieniem na samo obozowisko żadnych problemów. Na wjeździe ścisk, na pytanie ile mam zapłacić za kilka godzin wołają jak za cały pobyt – chyba ich pogięło. Korzystam z zamieszania i wjeżdżam gratisowo. I tu się dzieje … Teren olbrzymi, po środku miejsce dla lubiących orkę, mały lasek zapełniony namiotami, blisko jezioro. Głośna muza, puste wydechy,
typowe crossowe maszyny, sporo lanserów - ot cała kwintesencja zlotu motocyklowego. Na miejscu spotykam kilku znajomych z forum Halo Szczecin i z samego Szczecina. Pokręciłem się z 2 godzinki po terenie zlotu. Czas jechać dalej. Kierunek Mielno i morze. Do Koszalina spokój nawet fajna, kręta droga, podłączam się pod 3 motocykle jadące moim tempem. Co chwilę wyprzedzają nas wszelkiego rodzaju plastiki. Trasa od Koszalina do Mielna to koszmar - wszystko stoi. Staram się wyprzedzać środkiem, ale nie zawsze jest to możliwe. Samo Mielno – jestem tu
pierwszy raz – robi miłe wrażenie, większa mieścina, widać że nastawiona na bardziej zamożnych klientów, nie to co Wisełka czy Pobierowo. Parking przy plaży, kilka fotek samej plaży i obiadek z widokiem na morze. Zauważam mała plamę oleju pod motocyklem i na tylniej oponie. Mimo usilnych starannie potrafię namierzyć wycieku. Wycieram wszystko do czysta, na kolejnym postoju zobaczymy czy dalej będą ślady. Patrząc na mapę rodzi się pomysł, może tak zamiast wracać nudną trasa krajową 6
wrócić, jadąc przez nadmorskie miejscowości. Zawsze chciałem przejechać całe wybrzeże wzdłuż na motocyklu. Może trochę na raty ale da rade. W czasie majówki objechany Półwysep Helski. Teraz będzie połowa polskiego wybrzeża. Jak pomyślałem, tak i zrobiłem. Już w Kołobrzegu nie żałowałem decyzji. Załapałem się na … piknik militarny organizowany przez garnizon Wojska
Polskiego. Grochówka, kupa sprzętu wojskowego w tym śmigłowiec, możliwość przejażdżki czołgiem i transporterem po przygotowanym błotnistym torze to niektóre z atrakcji. Przy okazji zupełnie przypadkowo spotykam Piotrka jeżdżącego na BMW adv1150. Był równie zaskoczony co i ja. Kolejny przystanek podróży Niechorze i latarnia morska, gdzie już wkrótce kolejny zlot motocyklowy organizowany przez Outlaws Poland. Może uda się na niego wpaść. Jazda małymi miejscowościami ma swój urok. Może przelotowanie jest duża, ale
jazda przepełnionymi deptakami coś w sobie ma. Sezon w pełni, pogoda super. Kolejne tankowanie w okolicach Rewala. Kurde przy prędkościach turystycznych spalanie to ok. 5 litrów. Ogólnie przejechane już grubo ponad 400 km a zmęczenia większego nie czuć, nawet tyłek jeszcze nie daje znać o sobie. Na trasie z Wisełki do Międzyzdrojów mijają mnie, naprawdę szybko jadące, autka: czerwone Ferrari i goniące go srebrne Porsche
. Krótki przystanek w samych Międzyzdrojach. Standardowo już w okolicach Amber Baltic’u. Tym razem nie bez powodu. Na podjeździe zaparkowane, kolejne, tym razem czarne Ferrari. Widać, że dopiero co przyjechało, gorąco aż biło od silnika i hamulców a obsługa hotelowa jeszcze nie zdarzyła się napatrzeć bo wyległa tłumnie. W ramach przeprosin, że tak długo nie ma mnie w domu kupuje kilka gofrów dla Moniki. Mam nadzieje, że dowiozę je jeszcze ciepłe. Kolejna kałuża oleju pod motocyklem w okolicy koła i wahacza. Okazuje się, że problem leży w scottoiler’ze. Rurka dawkująca olej się zsunęła, olej sączył się
po obudowie, wahacza i trafiał na bok opony. Musze chyba zdemontować to ustrojstwo. Ostatni etap wyjazdu – Świnoujście. Dojeżdżam bez problemów. Na samą przeprawę się nie decyduje, szkoda mi czasu na czekanie po obu stronach na promy. Kilka ostatnich fotek na tle już zachodzącego słońca i powrót. Już na dzień dobry wyskakuje na pobocze sarna. Szybk
i test hamulców, na szczęście nie zdecydowała się wybiec dalej. Do domu dojeżdżam po niecałej godzinie. Motocykl parkuje w garażu po przejechaniu ponad 600 km tego dnia.
Motocykl sprawił się idealnie. Jest naprawdę tym czego oczekiwałem kupując motocykl z myślą o turystyce. Wygodny, elastyczny a jednocześnie wystarczająco mocny by wyprzedzić kilka TIRów na raz bez wachlowania biegami i kręcenia niewiadomo jak wysoko silnika. No i przy spalaniu na poziomie niecałych 20 zł /100 km. No nic taka jest TDM. Ciężko będzie zmienić moto na cos lepszego. No chyba że jakiś BMW GS 1150 …
P.S. Gofry przywiozłem letnie ... Zaskoczona mina Moniki – bezcenna