Majówka na motocyklu 2008 – Kaszuby i wybrzeże

I zbliża się majówkowy weekend. 4 dni wolnego, pogoda zapowiada się superowa trzeba gdzieś wyskoczyć z miasta. Jako, że Monika nie była nigdy w Malborku postanawiamy go zwiedzić. Jako baza noclegowa będzie nam służyć dom wujka w okolicach Borów Tucholskich. Szybkie pakowanko do sakw i tankbagu zgodnie ze sztuka, a wiec rzeczy w torby foliowe i dopiero w sakwy.
W dzień wyjazdu chmurzy się. Profilaktycznie już na prawobrzeżu Szczecina zakładamy przeciwdeszczowce. Deszcz przybiera na sile. Na stacji spotykamy dwóch motocyklistów z plecaczkami. O ile jedna para jeszcze w miarę ubrana druga w jeansach i adidasach. Przy tym deszczu nie wróży im to milej podróży. Jadą do Ińska niby blisko… My w swoją stronę. Pierwsze 100 km pada, nie pada, mży, pada i tak w kółko. W okolicach KaliszaPomorskiego zatrzymujemy się na krótki postój. Dodatkowo na sakwy zakładamy kondomy przeciwdeszczowe. Teoretycznie ciuchy zabezpieczone, może jeszcze nie przemokły na maxa. Przelotowa to 100-110 km/h. Mimo tak niskiej prędkości udaje nam się załapać na radar, pomarańczowy flesz prosto w oczy. Za Wałczem oberwanie chmury, nawet auta odpuszczają i staja na parkingach, również nie ryzykujemy i stajemy w zajeździe. Kapie z nas strasznie przez co wzbudzamy ogólne zainteresowanie. Kurcze gdzie ta zapowiadana piękna pogoda. Przelotowa już tylko 80, w tym tempie będziemy jechać cały dzień. A w planach mamy jeszcze dzisiaj zwiedzenie skansenu we Wdzydzach. Deszczu pozbywamy się dopiero za Chojnicami. Ostatnie km udaje nam się przejechać w miarę dobrej pogodzie, widząc jednak chmury w lusterkach w lusterkach jedziemy w pełnym rynsztunku. Wjeżdżając na podwórze zaczyna kropić, ciocia się śmieje że cały dzień było u nich suchutko i że deszcz przywieźliśmy. Skansen odpuszczamy, do wieczora rozmowy typowo rodzinne. Dodatkowo przez kamerki internetowe podglądamy jak ludzie mokną na Helu. Przejechane tego dnia jedynie 270 km.
Rano wstajemy i jest pogoda, słońce i te sprawy. Dzisiejszy kierunek Hel, Gdańsk i może Westerplatte. Jednak jak to na gościnie nie obyło się bez obfitego śniadanka, kawki itp. – skutek zaplanowany wyjazd przesuwa się na 11. Nic to, objedzeni jedziemy. Bory Tucholskie i same Kaszuby są naprawdę ładne – lasy, lasy i jeziora. Z tego też względu często określane są one mianem"Szwajcarii Kaszubskiej". Wszelkie korki omijamy bokiem (szczególnie te kilometrowe w Kościerzynie). Jest tez niemiły akcent. Podczas jazdy na rondzie w złożeniu łapie przednim kołem plamę oleju. Przez moment widzę nas już leżących. Jednak opona łapie przyczepność, szybki ruch głową rzeczywiście była i to spora.Tym razem się udało. Podczas tankowania na CPN-ie zauważam pod motocyklem plamę oleju i co gorsza po oględzinach okazuje się że to mój olej. Okolice dźwigni biegów zapocone, szybki stan oleju wskazuje na normę. Trzeba będzie go częściej sprawdzać. Na obwodnicy trójmiejskiej zaczyna kropić. Nauczeni doświadczeniem zatrzymujemy się na parkingu jednego z hipermarketów Od razu pod motocyklem piękna tęczowa plama. Zakładamy z kondomy, z lenistwa tylko na ciuchy a nie na rękawice bo przecież tylko kropi. Tiaaa kilka kilometrów dalej już konkretna ulewa i tak całą droge. Puck pada, Monika zaczyna się wkurzać, Władysławowo leje konkretnie, Monika tez już konkretnie wkurzona najazdę w tych warunkach, Jastarnia nawet nie stajemy bo pada, Monika już się nie odzywa. Jadąc wolno równo z autami obserwujemy zmagania kite- i zwykłych surfingowców. Nie ma za bardzo jak wyprzedzić, sznur aut w jedną i drugą stronę a wyprzedzać po mokrym, białym po środku nie chce ryzykować. To było chyba najdłuższe 36 km namotocyklu. Hel wita nas … oczywiście deszczem. Monia aż drży ze złości. Oboje podminowani krążymy po miejscowości, zaglądamy do portu. Odpuszczamy sobie wszelkie atrakcje typu fokarium, latarnia, bunkry. Żadnych pamiątkowych fotek. Kurde nie tak miało być na tym wyjedzie. Powrót to jakby deja’vu. Długie 36 km do Władysławowa. I tu zmiana pogody, nagle słońce wychodzi zza chmur, asfalt zaczyna parować. Zatrzymujemy się na obiad. Ciepły posiłek i napoje przywracają chęć działania i poprawiają humory, co było to było, nie ma corezygnować z dalszych planów. Kolejne miejsce starówka w Gdańsku. Tutaj już aparat w rękę i fotka za fotką. Mimo, że jestem tu już po raz kolejny (często bywałem na jarmarku dominikańskim) dalej zauważam urok tego miejsca. Spacerujemy po uliczkach dobre 2 godziny. Turystów multum, atrakcji co niemiara. Cieszymy się, że zdecydowaliśmy się na buty turystyczne a nie na plastiki, które na początek mieliśmy zakupić. Dzień ma się powoli ku końcowi decydujemy się jednak zajechać jeszcze na Westerplatte. Trafiamy szybko i bez problemów, akurat na zachód słońca. Brak parkingu płatnego zmusza nas do targania 2 kasków i tankbaga ze sobą jakoś wydaja się nam one wyjątkowo ciężkie i nieporęczne. Przy pomniku dłuższy odpoczynek z oglądaniem zachodu słońca. Po ciemku zatrzymujemy się jeszcze na plaży przy Westerplatte by cyknąć fotkę z oświetlonym w tle Gdańskiem. Wydawałby się, że koniec dnia to koniec atrakcji, nic bardziej mylnego. Jazda po ciemku namotocyklu nigdy nie należała do moich ulubionych a tutaj prawie 100 km do domu z atrakcjami typu mgła, mżawka, nieznana trasa i przepalone włókno żarówki od świateł drogowych. Dodatkowo temperatura spadła znacznie a jeszcze wilgotne ciuchy dodatkowo chłodziły ciało. Po raz kolejny dzisiaj wskoczyliśmy w kondomy, ogrzewanie manetek na ON i jedziemy, miejscami max 80 km/h. Do wujostwa dojeżdżamy grubo po 23 gdzie czeka na nas ciepła kolacja. Przejechane 420 km, z tego dobre 170 km w deszczu.
Rano wstaliśmy wcześnie, dzisiaj w planach Malbork i odszukanie domu rodzinnego ojca gdzieś na Żuławach, gdzie jako kilkuletni kajtek spędziłem kilka razy wakacje. Plany ambitne, ale przygotowane śniadanie wskazuje, że nie wyjedziemy przed 11. Przynajmniej świeci słońce. W garażu pod motocyklem znajduje sporą plamę oleju. Stan na miarce jednak w normie. Zapobiegawczo dolewam do górnego wskaźnika a do tankbaga pakuje butelkę oleju. Tankowanie i miłe zakończenie. Wczorajsza jazda w deszczu bez żyłowania i powolny powrót sprawił, że moto pod dwiema osobami spaliło średnio poniżej 4 l/100km. Tak można jeździć taniej niż na LPG. Im bliżej Malborka tym więcej aut na obcych tablicach. Przy zamku naganiacze wręcz wskakują na jezdnie by skorzystać z usług ich parkingu. Parkujemy przy samym moście przy grupie motocykli z Niemiec, rzeczy zostawiamy w budce i tylko z portfelami i aparatem idziemy zwiedzać twierdzę. Gotycki zamek w Malborku wzniesiony przez Krzyżaków w latach 1274-1457 jest jedną z największych twierdz średniowiecznej Europy i przykładem średniowiecznej architektury obronnej. W latach 1309-1457 był siedzibą mistrzów Zakonu Krzyżackiego i stolicą Państwa Krzyżackiego. W latach 1457-1772 z tego miejsca panowali wojewodowie malborscy. Ilość chętnych do odwiedzenia tego miejsca widać już przy kasie. Kolejka ma dobre 100m idzie sprawnie. Bilety ok. 65 zł (z możliwością  fotografowania, w cenie przewodnik) może drogie ale wiem, że warto. Z grupą zwiedzających wchodzimy do zamku w momencie, gdy po raz kolejny w trakcie naszego wyjazdu lunął deszcz. Podróż po zamku polecam każdemu. Niestety po przejściu pierwszego podwórza się zgubiliśmy i odłączyliśmy od grupy. Postanowiliśmy kontynuować zwiedzaniesamemu i przy każdej nadarzającej się okazji podłączać się pod różnych przewodników, by posłuchać ciekawostek odnośnie poszczególnych pomieszczeń. Wdrapaliśmy się również na wieżę skąd rozpościerał się wspaniały widok okolicę. Ogólnie w zamku spędziliśmy ponad 3 godziny zwiedzając wszelkie możliwe zakamarki, komnaty, podwórza, krużganki. Kolejne miejsce które chcemy (w sumie to ja chce) zobaczyć to miejsce gdzie za małolata jeździłem do dziadków na wakacje. Mgliste wspomnienia to tylko że był to biały domek, oddalony od głównej drogi w okolicach Starego Pola. Trochę krążenia, pytania się ludzi i znaleziony. Dokładnie jak pamiętałem, widać jednak, że czas odcisnął na nim piętno.Po stogu siana po którym się skakało czy też piaskownicy oczywiście ani śladu. Za to okolica niezmieniona, zielone, równinne pola poprzecinane rowami melioracyjnymi. Kilka fotek dla ojca i wujka by zobaczyli jak to teraz wygląda i w drogę powrotną. Bez większych problemów dojechaliśmy do miejsca zakwaterowania już o „ludzkiej” porze. Przejechane ok. 250 km
Ostatni dzień już bez ciśnienia. Leniwe pakowanie gratów. Przed nami tylko powrót do domu. Chcemy się zatrzymać na stacji benzynowej jaką wypatrzyliśmy po drodze w okolicach Człuchowa. Zawsze jest tam pełno aut. Powodem jest ZOO otwarte przy samej stacji. Coraz bardziej martwi mnie wyciek oleju. Po nocy plama jest już konkretna. Widać, że przy obciążeniu kapie i to porządnie bo wahacz, nóżka, dźwignia biegów i nawet lewy but w oleju. Po raz kolejny sprawdzam poziom. Czas powrotów do domu, widać ruch na drogach, co więcej widoczne są patrole policji. Na wspomnianej stacji ruch. Przy okazji tankowania też postanawiamy zrobić sobie krótka przerwę i pooglądać co ciekawego jest. A wbrew pozorom jest co. Odwiedzający mogą zobaczyć sowy, sarny, lamy, rożne ptactwo, strusie, kangury z małymi, osiołki, koniki, niedźwiedzia. Jadąc drogą ma się wrażenie, że to tylko kilka klatek z siatkami i nic ciekawego w środku. Wszelkie korki omijamy środkiem. Z okolic silnika przy dodaniu gazu zaczyna dobiegać jakieś brzęczenie. Olej chlapie aż miło. W Wałczu na stacji zatrzymujemy się sprawdzić co tak brzęczy. Bez rozkręcenia nie jestem w stanie sprawdzić co to. Telefon do ubezpieczyciela sprowadza na na ziemię. Opcja mini-assistance działa tylko w razie wypadku lub kolizji a nie w przypadku awarii. No nic do domu już tylko 140 km w razie czego kogoś z busem będziemy wołać. Z brzęczącym "czymś" dojeżdżamy jednak pod dom bez żadnych problemów. Przejechane dzisiaj 270 km a cały wyjazd zamyka się w 1200 km.

2 dni po powrocie … Problemem okazał się simmering popychacza sprzęgła, który na początek zaczął puszczeć olej, a później od wibracji zaczął drżeć pod pokrywą. Część już zamówiona. Ma być za tydzień. I dobrze bo za trzy tygodnie nasz długo wyczekiwany wyjazd do Chorwacji. Przecież kawałek gumki nie popsuje nam wyjazdu…

 

© namotocyklu.pl wszelkie prawa zastrzeżone