Bieszczady na motocyklu

3 dni przed wyjazdem - sam wyjazd zbiegł się akurat z wymianą oleju. Może to i dobrze długie, jednostajne przebiegi po autostradzie i świeży olej to dobre połączenie. Dodatkowo wymieniam filtr oleju, świece, zatankowałem do pełna, umyłem motocykl. Przy przeglądzie podzespołów zauważam brak zabezpieczeń przy bolcach klocków hamulcowych. Same bolce pod względem wibracji zaczęły się już wysuwać.

2 dni przed wyjazdem - poszukiwanie części po serwisach i standardowo w serwisach motocyklowych albo nie ma albo na zamówienie i czekanie ok. tygodnia. Część udaje mi się znaleźć w ASD Forda. Do odbioru jutro :)

1 dzień przed wyjazdem - rzeczywiście części przyszły, szybki montaż ,zakup euro, polis assistance na Polskę i Niemcy. W domu pakowanie i szybko spać.

Dzień wyjazdu - dzień pierwszy
Zgodnie z planem pobudka 4:30 rano. Ogarniecie się i pod garażem melduje się ok. 5:20 Przypięcie kufrów w przeciwieństwie do sakw zajmuje krótką chwilę. O tej porze drogi jeszcze puste. Na granicy postój na założenie bluzy pod kurtkę, zatyczki w uszy i kołnierza na szyję. Przelot autostradą jaki jest każdy wie . nuda na maksa. Prędkość przelotowa znaczna, co w połączeniu z 3 kuframi powoduje mały wir w baku. Pierwszy przymusowy postój na stacji już po 240 km i niecałych 2 godzinach. Przy okazji małe śniadanko. Licząc spalanie i ilość kilometrów do przebycia redukuje prędkość do 130-140 km/h. Kolejne godziny i autostrada niemiecka, później polska, zjazdy tylko na tankowania. Jedyne urozmaicenie to to, że od Wrocławia powoli widać już inne ukształtowanie terenu na horyzoncie pierwsze góry :) Wbrew narzekaniom i obawom przelot remontowanym i płatnymi odcinkami A4 nie nastręcza trudności. Po 14:30 widzę już zjazd na Zakopane i tu prędkość znacząco spada. Słynna "Zakopianka" rzeczywiście zakorkowana i w remontach ale roztaczające się widoki kompensują trudności. Przy wjeździe do Zakopanego fotka z nazwą miejscowości w tle. Nie często bywam w tych okolicach :). Znalezienie parkingu pod słynnymi Krupówkami nie nastręcza problemów. Sama ulica podobnie jak deptak i molo w Sopocie  czy też w Międzyzdrojach zatłoczona i zatowarowana i skomercjalizowana. Kilka fotek, dojście do kas pod Gubałówką i zakup prezentów dla Moniki i małego i muszę wracać. Przede mną jeszcze ponad 300 km już bocznymi drogami. Specjalnie omijam czerwone drogi Piękne widoki, miejscami trasa ciągnie się wzdłuż strumieni, ciągłe znaki ostrzegające o możliwości wypadnięcia z drogi czy też o odłamkach skalnych. Kolejne miejscowości Gorlice, Pielgrzymka, Dukla, Jaśliska, Komańcza. Na liczniku już grubo ponad 900 km zaczyna mnie łapać zmęczenie, tyłek też już się ostro buntuje. Dodatkowo zaczyna się ściemniać i budzą się do życia miliony bieszczadzkich robali. Jazda przestaje być przyjemnością, przestoje na przemycie szybki co 10-20 kilometrów. Ostatni 35 kilometrowy odcinek od Cisnej w stronę Ustrzyk Górnych już w zupełnych ciemnościach. Sam zauważam, że TDMa ma światła do niczego. Widząc pierwszy znak o serpentynach, nie wiem czego się spodziewać na szczęście udaje mi się wyjść z opresji i już wiem co on dokładnie oznacza :) Jazda zaczyna dłużyć się niemiłosiernie, jeszcze 10 . 8 . 3. kilometry i tablica Ustrzyki Górne. Udało się pokonałem zaplanowaną trasę 1165 km w trochę ponad 15 godzin. Siły starcza tylko na zabezpieczenie motocykla, szybki prysznic i sen. Coś tu szumi chyba jakiś strumień blisko przepływa jutro trzeba będzie obadać sprawę.

Dzień drugi - pętle bieszczadzkie
Pobudka była łatwiejsza niż się spodziewałem. Żadnych zakwasów bólu pleców czy tyłka. Widok z rana powalił na kolana. Dookoła zalesione góry, szumiący strumień płynie tuż obok domku, by wejść w góry na szlak musze tylko przez niego przejść po mostku. W nocy nic nie było widać. Po śniadanie iść do "centrum" - o ile tak można nazwać skupisko kilku sklepów i barów. Ludzi niewielu, samochód przejeżdża raz na kilkanaście minut. Śniadanie jem na schodkach domu wsłuchując się w śpiew ptaków i ogólnie panującą ciszę. Plan na dzisiaj objechanie słynnych pętli bieszczadzkich. Jazda po serpentynach za dnia to sama przyjemność, rozgrzany asfalt i piękna pogoda sprzyja jeździe. Problemem jest tylko, co szybko zauważyłem, niewiadoma co czeka nas za zakrętem i w samym zakręcie. Kilka łach piachu, osoby ścinające zakręty czy tez zaprzęgi konne hamowały torowe zapędy. Trasa Ustrzyki Górne - Lesko super, odcinek Lesko - Ustrzyki Dolne jako, że to krajówka już nudniejsze, ale kawałek łączący Ustrzyki Dolne z Górnymi znowu miodzio. Jednak nic nie przebije małej pętli bieszczadzkiej. Zakręt za zakrętem, ruch wręcz zerowy. Mały postój w Polańczyku kolejny, wręcz obowiązkowy w Solinie i fotki na tamie. Później już znowu zakręty, zakręty, zakręty. Na późną obiadokolację zajeżdżam pod domek po 17 z przejechanymi 270 km po górach. Tylnia opona ma już tylko 3-4 milimetrowe krawędzie niedotartej gumy :) Sam posiłek jem nad strumieniem, podziwiając bieszczadzką przyrodę.

Dzień trzeci - objazd województwa podkarpackiego
Dzisiejszy plan to pojeżdżenia po okolicy w celu poznania i poobserwowania jak żyją ludzie z najbardziej oddalonego od Szczecina województwa. Unikać ile się da krajówek i głównych dróg. Po raz kolejny na porządne rozgrzanie opon odcinek z serpentynami do Cisnej. Pogoda ciągle dopisuje. Trasa wiedzie przez Komańczę, Rymanów, Dynów, przedmieścia Przemyśla, Krościenko. Tempo typowo turystyczne z przystankami na strzelanie fotek widokom i ciekawym miejscom. Po drodze pełno pastwisk owiec, kóz, przydrożne kapliczki często jedna obok drugiej. Zauważa się dużą ilość cerkiew przerobionych na kościoły. A szkoda. Sam nie miałem okazji być w typowej cerkwi, te które znalazłem były zamknięte na kłodkę. Ludzie żyją tu inaczej, na polach widać konie ciągnące brony, traktory jak są, to tez starszej daty, w sklepach można trafić na produkty, które u nas ciężko znaleźć np. oranżada w kapslowanej butelce 0,33 czy bloki turystyczne typu bambo :) Pod koniec jazdy pogoda się załamuje szybkie wpięcie podpinek i jazda dalej. Ostanie zakręty i serpentyny już niestety na mokrym asfalcie. Na koniec jadę jeszcze do miejscowości Wołostate jako najdalej wysuniętej miejscowości na południowym-wschodzie. Tego dnia przejechane ponad 310 km. Po obiedzie postanawiam przejść się w góry. Z braku odpowiedniego obuwia i . kondycji  odpuszczam po godzinie. Jednak i tak było warto przypomnieć sobie jak to było za małolata biegać po szlakach. Wieczorem do obozowiska przyjechało kilka osób z klubu GS500. Jutro już będę miał z kim śmigać.

Dzień czwarty - pętle bieszczadzkie w grupie
Rano wszyscy w miarę szybko wstali, gotowi do jazdy. Kilka osób chciało zaliczyć Solinę także jako trasę obraliśmy 2 pętle bieszczadzkie z możliwością ewentualnego skrócenia trasy. Już po pierwszym odcinku do Cisnej widziałem uśmiechnięte twarze. Dalej było już tylko lepiej. Było widać że taką grupą nie pojedziemy za daleko razem, niektórzy byli z pasażerem, niektórzy nie przeceniali swoich umiejętności. Grupa rozciągnęła się na tych śmigających szybciej po zakrętach i na tych jadących turystycznie i podziwiających widoki. Jako miejsce spotkania wyznaczyliśmy Solinę. Po wczorajszym deszczu ani śladu, można było znowu poszaleć. Na jednym z zakrętów udało się przytrzeć lewy podnóżek i jak się później okazało zamknąć oponę z lewej strony. Z prawej 2 mm jeszcze nieruszone. Jest w dechę. Dzisiejszą wspólna jazdę kończymy nawiniętymi 260 kilometrami i wspólnym ogniskiem, z którego niestety musze się dość szybko ewakuować bo jutro powrót.

Dzień piąty - powrót do domu
Pobudka wcześnie rano bo o 5. Spakowałem się profilaktycznie już wczoraj dzisiaj, tylko przypięcie kufrów i jazda. Przy motocyklu zonk - cały oblodzony :( Dziwny widok jak na końcówkę maja. Oj nieciekawie. Zeskrobałem lód z siodła, przypiąłem kufry i jazda. Pierwszy postój już po . 100 metrach. Z powodu zimna musiałem założyć bluzę pod kurtkę i rękawice zimowe, które profilaktycznie zapakowałem do kufra. Wyjazd 5:45. Standardowo pierwszy odcinek prowadzi do Cisnej. Opony długo się nagrzewały, stąd też szaleństw nie było. Początkowo trasa prowadzi żółtymi drogami. Mam okazję obejrzeć jak Bieszczady i ich mieszkańcy budzą się do życia. I udało się, a to kicający zając przy drodze a to zamglone miejsca na stokach gór oświetlane wschodzącym słońcem Coś pięknego. Uwierzycie. że na wioseczkach stare babcie od 6 rano już w ogródkach pracują. Wskakuje na lepsze drogi: Jasło, Pilzno, Tarnów. Na krajowej 4 zaczyna się walka ze zwężeniami i samochodami. Byle do autostrady. Wjeżdżam na nią ok. 10. Teoretycznie najtrudniejszy odcinek za mną, przede mną tylko ponad 700 km nudnej autostrady. Z godziny na godzinę czuję narastające zmęczenie. Przejechane kilometry i wrażenia poprzednich dni dają o sobie znać. W Niemczech po 750 przejechanych kilometrach czuję, że mam maksymalny kryzys. Zjeżdżam na parking, wiem, że odpoczynek na wiele się nie zda. Monotonia jednak zabija. Wyjeżdżam i już mam znak, że dalsza droga nie będzie taka sama. Przede mną olbrzymi korek, wcześniej przynajmniej jechałem, teraz czeka mnie stanie. Ile mogę przeciskam się miedzy samochodami, nie zawsze się to udaje. Nagle wyprzedza mnie motocyklista na FJRze na niemieckich blachach z kuframi. Nie zastanawiając się wiele uderzam za nim, ile się da poboczem, ile się da miedzy autami, które o dziwo bezproblemowo się rozjeżdżają. W ten sposób omijamy ponad 10 km korek. Za chwile kolejny i to samo znowu a to bokiem a to miedzy autami. W korku widzę stojącego motocyklistę na szczecińskich blachach. Okazuje się, że jest nim Rafał na Suzuki Volusia, z którym zaliczyłem wyjazd do wymarłego miasta. Wraca z Karpacza. Zjazd na parking kilka słów i jade dalej. Przeciskam się ile da, korki znikają dopiero na berlińskim ringu. Ostatnie tankowanie i już ostro do domu niezważając już na spalanie. Motocykl gaszę o 18:00 pod domem Przejechany tego dnia dystans 1062 km z czego cała podróż liczyła 3048 km.

Małe podsumowanie
Motocykl sprawdził się idealnie zarówno pod kątem technicznym jak i samej zabawy i komfortu jazdy. Do jazdy w górach idealnie sprawdza się jakakolwiek GPS z mapą. Pozwala bezpiecznie oceniać pokonywane zakręty by żaden z nich nie zaskoczył zmieniającą się krzywizną. Coś muszę pomyśleć ze światłami w motocyklu i własnym wzrokiem by przyjemność z jazdy nie kończyła się wraz z zachodem słońca.

Przejechany dystans - 3048 km z tego ponad 800 po górach
Spalone paliwo - prawie 183 litry (średnie spalanie 6l)
Całość kosztów niecałe 1300 zł

 

 

© namotocyklu.pl wszelkie prawa zastrzeżone